„Nigdy nie mówiłaś, że ci to przeszkadza”. „Na to się nie umawialiśmy”. „Nie takie są zasady”. „Jakie zasady?”. „Zasady, zasady… pani zasadnicza się znalazła”.

Słyszę te zdania regularnie. W różnych konfiguracjach, z różnymi bohaterami, ale zawsze w podobnym tonie – lekkiego zdziwienia połączonego z irytacją. Jakby ktoś właśnie odkrył, że druga osoba ma jakieś oczekiwania. Albo granice. Albo – co gorsza – chciałaby, żeby były jasne reguły.

Z mojego doświadczenia wynika, że problem rzadko polega na tym, że zasad nie ma. Znacznie częściej polega na tym, że o zasadach się nie mówi.

O zasadach się nie mówi

Nie nazywa się ich wprost, bo „powinny być oczywiste”. „Przecież wszyscy są dorośli”- więc po co ustalać. Nie egzekwuje się ich, bo „nie chcemy robić problemu”.

Zasady więc formalnie istnieją – w czyjejś głowie, w domyśle, w przekonaniu, że „druga strona powinna wiedzieć”. Tyle że każda ze stron ma zwykle inną wersję tych samych zasad. Inne granice, inne priorytety, inne wyobrażenie tego, co „normalne”.

I właśnie w tym miejscu zaczyna się to, co potocznie nazywamy kwasami.

Nie dramat. Nie awantura. Raczej ciche napięcie. Zniecierpliwienie. Pretensje bez wyraźnego adresata. Atmosfera, w której wszyscy czują, że coś jest nie tak, ale nikt nie potrafi dokładnie powiedzieć co.

Bo tam, gdzie zasady są tylko domyślane, ludzie zaczynają się czytać między wierszami. Zamiast rozmawiać – interpretują. Przestają pytać – zakładają. Zamiast ustalać – obrażają się w ciszy.

Oficjalnie wolność, nieoficjalnie chaos

To działa tak samo w relacjach prywatnych, w rodzinach, w pracy i w całych organizacjach. Dziecko, które „może wszystko”, bardzo szybko zostaje samo z odpowiedzialnością, której nie potrafi jeszcze unieść. Partnerzy, którzy „wszystko mają elastyczne”, zaczynają się czuć mniej ważni, bo nikt nigdy nie powiedział, co jest naprawdę priorytetem. Zespoły, w których „wszyscy są równi”, zaczynają funkcjonować w nieoficjalnych hierarchiach, bo ktoś i tak musi decydować – tylko nikt nie chce tego nazwać.

Oficjalnie panuje wolność. Nieoficjalnie – chaos.

I to jest paradoks, który widzę niemal codziennie w rozmowach z ludźmi: brak nazwanych zasad nie daje ludziom luzu. Daje im niepewność.

Bo zasady nie są po to, żeby kontrolować. Są po to, żeby orientować.

Zasady są po to, żeby orientować, nie kontrolować

Granice nie są karą ani formą dominacji. Są komunikatem: „ktoś tu czuwa, ktoś bierze odpowiedzialność, ktoś ogarnia rzeczywistość”. Dają coś znacznie ważniejszego niż swobodę – dają poczucie bezpieczeństwa i przewidywalności świata.

Tam, gdzie dorosły* nie chce lub boi się postawić granicy – w imię empatii, luzu albo „świętego spokoju” – bardzo szybko pojawia się frustracja po obu stronach. Jedni zaczynają testować coraz mocniej, inni irytować się coraz ciszej. Zamiast rozmowy pojawia się napięcie. Jasność zastępowana jest przez domysły. Zamiast realnej wolności – atmosfera, w której każdy czuje się trochę niesprawiedliwie potraktowany.

Zasady nie są przeciwko ludziom. Są właśnie dla nich.

Dobrze postawione nie muszą być sztywne ani drobiazgowe. Nie muszą regulować wszystkiego. Wystarczy, że są nazwane, czytelne i rzeczywiście obowiązujące. Że ktoś ma odwagę je wypowiedzieć, a ktoś inny – wziąć za nie odpowiedzialność.

Bo tam, gdzie zasad nie ma w języku, zaczynają żyć w emocjach. A emocje, pozbawione ram, bardzo szybko kwaśnieją.

*Dorosły – nie tylko w sensie wieku biologicznego. W ujęciu analizy transakcyjnej chodzi o „Dorosłego na pokładzie”, czyli zdolność do realistycznego postrzegania sytuacji, brania odpowiedzialności za decyzje, regulowania emocji i świadomego działania w oparciu o aktualne informacje, a nie o stare skrypty czy reakcje z pozycji Dziecka lub Rodzica.