Wybrałam się dziś na narty biegowe do pobliskiego lasu. Zima, cisza, skrzypiący pod nartami śnieg i ten charakterystyczny spokój, który sprawia, że myśli same się porządkują. Przede mną – jak z katalogu – perfekcyjnie przygotowany narciarz biegowy. Profesjonalny strój, pewna technika, sylwetka człowieka, który wie, co robi.

I nagle… na prostej, spokojnej drodze traci równowagę i z impetem ląduje na śniegu.

Był w tym dysonans. Ta profesjonalna oprawa zupełnie nie pasowała do tak zwyczajnego, nieporadnego upadku. Rozbawiło mnie to. Zbyt bardzo. Na tyle, że sama straciłam równowagę i bęc – leżę obok.

I wtedy sytuacja całkiem wymknęła się spod kontroli.

Zaczęłam się śmiać. Z niego, z siebie, z absurdalności chwili. Dwóch dorosłych ludzi leżących na środku leśnej drogi. Śmiałam się tak bardzo, że… nie byłam w stanie się podnieść. Mięśnie brzucha, które normalnie pomogłyby mi unieść tułów i wrócić do pionu, były całkowicie zajęte czymś innym. Zamiast stabilizować ciało, pracowały na pełnych obrotach, wspierając przeponę w gwałtownych skurczach oddechowych potrzebnych do głośnego chichotu.

Przepona – główny mięsień oddechowy – unosiła się i opadała jak szalona. Mięśnie międzyżebrowe intensywnie wtłaczały powietrze do płuc. Cały mój układ mięśniowy był zaangażowany w jedno: śmianie się. Nie w podnoszenie się.

Leżałam więc bezbronna, rozbrojona śmiechem, osłabiona nim i kompletnie niezdolna do powrotu do pionu. Śmiałam się tak, że słychać mnie było w całej okolicy. W międzyczasie tamten facet zdążył już wstać… i jeszcze dwa razy się przewrócić. A ja nadal leżałam i chichotałam jak nakręcona.

Nie miałam siły wstać. Ale prawda jest taka, że ja nawet nie próbowałam.

I wtedy przyszła mi do głowy myśl, bardzo psychologiczna w swej prostocie: dlaczego tak często w życiu trudno nam się podnieść?

Bo zajmujemy się czymś innym niż podnoszenie

Z anatomicznego punktu widzenia sprawa była prosta: mięśnie, które mogłyby mnie postawić na nogi, były zajęte inną czynnością. Nie dlatego nie wstałam, że ich nie miałam. Tylko dlatego, że używałam ich do czegoś innego.

I dokładnie tak samo działa to w psychice.

Kiedy w życiu się przewracamy – po porażce, stracie, rozczarowaniu czy kryzysie emocjonalnym – często mówimy: „Nie mam siły się podnieść”. Ale bardzo często te siły gdzieś są. Tyle że zużywamy je na coś innego.

Na użalanie się nad sobą.
Wielokrotne opowiadanie tej samej historii.
Na wchodzenie w rolę bezradnej ofiary.
Czekanie, aż ktoś w końcu nas „pozbiera”.
Na myślenie o tym, kto zawinił i jak powinno było być.

To wszystko są aktywności. One wymagają energii psychicznej. Tylko że żadna z nich nie jest aktem podnoszenia się.

Tak jak moje mięśnie brzucha nie mogły jednocześnie stabilizować tułowia i podtrzymywać spazmów śmiechu, tak nasza psychika nie zawsze jest w stanie jednocześnie trwać w bezradności i budować siłę do zmiany.

„Nie śmiej się dziadku z czyjegoś upadku…”

Jest takie powiedzenie: „Nie śmiej się dziadku z czyjegoś upadku”. No cóż – ja się zaśmiałam i sama wylądowałam na ziemi. I może jest w tym jeszcze jedna mądrość: cudzy upadek potrafi uruchomić w nas coś, co nas samych przewraca. Jakieś napięcie, porównanie, nieuświadomioną historię, moment rozbrojenia.

Ale sedno nie jest w samym upadku. Sedno jest w tym, czym zajmujemy się, gdy już leżymy.

Podnoszenie się jest czynnością

Podniesienie się – fizycznie i psychicznie – nie jest stanem, który wydarza się sam. To proces. Ruch. Decyzja, by uruchomić dokładnie te „mięśnie”, które są do tego potrzebne.

Dopóki leżymy i angażujemy całą energię w coś innego niż wstawanie, dopóty naprawdę możemy nie mieć na to siły. Nie dlatego, że jesteśmy słabi. Ale dlatego, że odbieramy ją sobie sami.

Czasem, żeby się podnieść, trzeba przestać się śmiać.
Niekiedy przestać płakać.
Czasem przestać czekać.

I dopiero wtedy, krok po kroku, zacząć robić to, co realnie przywraca nas do pionu.

Ja w końcu wstałam. Otrzepałam śnieg, złapałam równowagę i pojechałam dalej. Śmiech jeszcze długo we mnie dudnił, ale ciało dostało jasny sygnał: teraz wstajemy.

I może z życiem jest podobnie. Nie zawsze chodzi o to, by natychmiast przestać czuć. Czasem wystarczy zauważyć, że jeśli chcemy się podnieść, musimy w końcu zająć się podnoszeniem – a nie wszystkim innym wokół.

Zatrzymaj się na chwilę i zapytaj siebie: czym Ty zajmujesz się wtedy, gdy mówisz, że nie masz siły się podnieść?