Pada dzisiaj — szaro, mokro i zupełnie nie chce się nic robić. Więc sięgam po telefon i zaczynam scrollować Facebooka. Potem Instagram, a na koniec LinkedIn — bo przecież trzeba też „zobaczyć, co słychać zawodowo”.
Znasz to, prawda? Niby wchodzisz z ciekawości, niby żeby sprawdzić, co tam u ludzi, ale tak naprawdę to taki odruch, mała przerwa od myślenia.
I widzisz te zdjęcia — stopy na tle basenu, słońce odbijające się w oku, kolacje na tarasie. Zdjęcia z imprez, z konferencji, czasem z windy, czasem z miejsc, które wyglądają jak showroomy.
I wcale w tym nic złego — sama lubię, gdy coś dobrze wygląda.
Ale czasem, gdy patrzysz na to wszystko, zaczynasz się zastanawiać: po co to wszystko pokazujesz? A właściwie — dla kogo?
Bo to, co chcesz, żeby ludzie o tobie widzieli — i mówię widzieli, nie wiedzieli — to nie jest cała prawda o tobie. To wybrana wersja, dobrze dobrana, spójna i uporządkowana. Taka, która mówi: „Patrz, jak tu ładnie, jak równo, jak stabilnie”.
Ale czy to właśnie czujesz?
Psychologia dobrze zna to zjawisko. Bo wiesz, nie nosisz jednej twarzy — masz kilka wersji siebie.
Jest wersja, jak chcesz, żeby ludzie o tobie myśleli — profesjonalna, atrakcyjna, interesująca.
Jest wersja, jak myślisz, że cię widzą — często z nutą niepokoju i krytycyzmu.
Jest też obraz samej siebie, kiedy jesteś sama — bez publiczności, w ciszy.
I jest jeszcze to, jak chciałabyś być — spokojniejsza, mniej zależna od zewnętrznego potwierdzenia, bardziej „na swoim”.
To napięcie między tymi wersjami jest naturalne, nie oznacza, że coś z tobą nie tak.
Maski, które nosisz, to nie oszustwo, to adaptacja.
Dopasowujesz ton głosu, ubiór, zachowanie do sytuacji — bo tak po prostu jest łatwiej funkcjonować.
Problem pojawia się wtedy, gdy zostajesz w jednej masce zbyt długo i zaczynasz się zastanawiać, czy to, co pokazujesz, to jeszcze ty, czy tylko dobrze wyreżyserowana wersja.
A co z autentycznością?
Autentyczność to nie ekshibicjonizm. Nie chodzi o to, żeby dzielić się każdym kryzysem czy pokazywać każdą słabość na Instagramie.
To świadomość, że masz różne wersje siebie i to ty decydujesz, którą pokazujesz, komu, kiedy i dlaczego.
Czasem właśnie rezygnacja z relacji, stories i lajków na wieczór pozwala poczuć się naprawdę widzianą — nie przez tysiące przypadkowych oczu, ale przez jedną ważną osobę albo nawet przez samą siebie.
Zastanów się: czy chcesz być widziana, czy tylko oglądana?
Bo to robi ogromną różnicę.
Czasem ktoś rzuci komentarz pod zdjęciem: „super wyglądasz”. A ty wiesz, że to jedyny moment w tygodniu, kiedy cokolwiek faktycznie wyglądało dobrze.
Właśnie dlatego czasem więcej prawdy jest w milczeniu niż w tysiącu lajków.
Nie mam na końcu żadnej gotowej puenty, bo nie ma jednej odpowiedzi na to, co znaczy być autentyczną w świecie social mediów.
Jeśli ten tekst coś w tobie poruszył — świetnie, zatrzymaj się przy tym.
Jeśli nie — to też ok, scrolluj dalej.
Świat nie zniknie bez twojego udziału, ale ty możesz zniknąć w świecie, który cię nie widzi.
I na koniec — mam cichą nadzieję, że koleżanki-celebrytki nie spalą mnie za ten tekst na stosie.
Ale co tam — jestem wiedźmą. Tą, która czasem wie trochę więcej.
No Comment