Być może też to znasz. Zaproszenie na prestiżową galę. Wejście do prestiżowej organizacji. Wyjątkowe wydarzenie, elitarna konferencja. Wszystko brzmi dobrze. Nazwa robi wrażenie. Opis obiecuje jakość, sens, coś „na poziomie”.

A potem przychodzisz. Albo wchodzisz do środka. I po chwili czujesz, że coś się nie zgadza.

Nie potrafisz tego od razu nazwać. Na pierwszy rzut oka wszystko się zgadza: ludzie są, miejsce jest, program się odbywa. A jednak rozmowy są płaskie, atmosfera przypadkowa, a więcej jest zajmowania się sobą niż tym, po co się tu właściwie przyszło. Prestiż jest w nazwie, w doświadczeniu – już niekoniecznie.

Uczucie, które wraca

Przez długi czas myliłam to uczucie z rozczarowaniem, ze zmęczeniem, ze zbyt wysokimi oczekiwaniami. Myślałam: „może to ze mną jest coś nie tak”. Dopiero później zobaczyłam, że to nie był problem nastroju, tylko braku fundamentu.

Zauważyłam też, że podobne zdania wracają w rozmowach z ludźmi, których spotykam – bez wielkich słów, mimochodem: „Spodziewałam się czegoś innego”, „Niby wszystko w porządku, ale…”, „Coś tu nie gra”. To „coś” okazało się bardzo konkretne.

Prestiż i elitarność to nie to samo

Przez lata – także ja – używałam słowa „prestiż” tak, jakby było synonimem jakości. Jakby prestiż oznaczał elitarność. Dopiero z czasem zobaczyłam, że to skrót myślowy. Prestiż dotyczy wrażenia, obrazu, opakowania. Elitarność dotyczy treści, standardów i odpowiedzialności. Kiedy zaczynasz to rozróżniać, wiele rzeczy nagle staje się jasnych.

Metafora budynku

Wyobraź sobie budynek z czerwonej, wypalanej cegły. Solidny, proporcjonalny, zaprojektowany z myślą o tym, żeby stał długo. Nie musi być najwyższy w okolicy ani robić hałasu. Po prostu wiesz, że stoi na czymś pewnym.

A teraz wyobraź sobie, że ktoś zaczyna go rozbudowywać. Dokłada kolejne piętra – już nie z tej samej cegły, ale z tańszych pustaków. Budynek rośnie, mieści więcej ludzi, staje się bardziej dostępny. Z zewnątrz wygląda nawet imponująco. Tylko że jego sens się zmienia. To wciąż jest budynek, ale nie jest już tym samym budynkiem.

Dokładnie ten proces widzę dziś w wielu miejscach, które nazywamy prestiżowymi. Kryteria wejścia się rozmywają, wymagania się upraszczają, a standardy dostosowują się do liczby, a nie do jakości. Prestiż zostaje, bo dobrze wygląda. Elitarność znika, bo jest niewygodna.

Czym naprawdę jest elitarność

W tym miejscu często pojawia się opór wobec słowa „elitarność”. Kojarzy się z wykluczeniem albo poczuciem wyższości. A przecież nie o to w niej chodzi. Elitarność nie polega na wykluczaniu ludzi. Polega na jasnych kryteriach. Na tym, że wiadomo, czego się wymaga – i że te wymagania nie zmieniają się w zależności od potrzeb wzrostu. Elitarność nie mówi: „nie możesz wejść”. Elitarność mówi: „to są warunki”.

Egalitarność jako wartość społeczna jest ważna. Problem zaczyna się wtedy, gdy próbujemy przenieść ją wszędzie – także tam, gdzie potrzebna jest selekcja jakości. Gdy wszystko nazywamy tak samo, niezależnie od poziomu przygotowania, odpowiedzialności i kompetencji. Cegły i pustaki mogą współistnieć, ale nie pełnią tej samej funkcji nośnej.

Co z tym zrobić

Ten tekst nie powstał po to, żeby krytykować prestiż ani go „demaskować”. Powstał po to, żeby zaproponować prostą zmianę myślenia, którą możesz zastosować od razu. Zamiast pytać: „czy to jest prestiżowe?”, spróbuj zapytać: jakie są tu kryteria, co jest tu naprawdę wymagane, co mnie rozwija, a co tylko dobrze wygląda. W momencie, w którym zaczynasz zadawać sobie te pytania, przestajesz być odbiorcą nazw. Zaczynasz widzieć różnicę między opakowaniem a fundamentem.

Na koniec

Prestiż może robić wrażenie, elitarność buduje wartość. A różnica między nimi bardzo często decyduje o tym, czy coś zostaje z Tobą na dłużej – czy tylko dobrze wygląda przez chwilę.